środa, 13 lutego 2013

Four

Do odważnych świat należy. 



Serce waliło mi tak mocno, że myślałam, że wyskoczy mi z piersi. Włoski na plecach stanęły dęba. Oddech stawał się ciężki i głośny. Jedno wiedziałam na pewno. Biec albo zginąć. Wybrałam to pierwsze. 
Ruszam ile sił w nogach i biegnę między korytarzami. 
-Ej mała, gdzie biegniesz?!
-Mała to jest twoja pała!-mówię po czym wybucham śmiechem. Ale nie jest już mi do śmiechu kiedy wpadam na coś miękkiego. Oszołomiona patrzę w górę. To coś miękkiego było mężczyzną. Patrzy na mnie swoimi złymi oczyma, jakby chciał mnie zabić. Łapie mnie za łokcie, podnosi do góry i przerzuca mnie sobie przez ramię. Szarpię się, kopię, wierzgam, ale to nic nie daje. Wchodzi ze mną do ciemnego korytarza, który jest o wiele niższy od pozostałych, że mężczyzna musi się schylać, by nie uderzyć w sufit. Ja też automatycznie zniżam się tak nisko, że ocieram końcówkami włosów o podłogę. Przypomniałam sobie, że mam pistolet w kieszeni. Spokojnie, nie zabiję go, chyba. Wyciągam go i staram sobie przypomnieć lekcję samoobrony, którą ćwiczyłam z tatą. Wspominał o ciosie w krocze, oczy. Nie dosięgnę ani do tego, ani do tamtego.  Nagle mój palec sam nacisnął spluwę, a pocisk strzelił w podłogę. Mężczyzna przestraszył się, wyprostował i zarył głową w sufit, automatycznie upadając na ziemię. Na szczęście zdążyłam zakryć twarz rękawami od kurtki, bo inaczej miałabym teraz twarz jak szynka. Podnoszę się obolała z podłogi, szukając mojego pistoletu. Znajduję go i podnoszę się powoli, by nie uderzyć głową o sufit. Poruszam się w stronę światła, czyli tam gdzie miał zamiar zaprowadzić mnie mężczyzna. Poruszam się szybko, bo moje włoski na karku stanęły dęba. zawsze tak mam, kiedy się boję, lub mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Teraz to na pewno ze strachu. Staram się nie myśleć, co zaraz się stanie. Gdy dochodzę do końca ciemnego korytarza. Na przeciwko drzwi na których jest napisane z tego co widzę 'Louis-Cezar' stoi mężczyzna, który prawdopodobnie pilnuje tych drzwi. 
"Serio ten typek musi być naprawdę ważny, jeżeli pod jego drzwiami stoi ochroniarz. Prawie jak Obama" Co by tutaj zrobić, by go odciągnąć od tych drzwi? Widzę też, że ma przyczepioną do garnitura plakietkę z imieniem. Wytężam wzrok tak mocno jak potrafię i staram się odczytać jego imię. B..o...b. Bob.
Pistolet trzymam mocno i obu dłoniach by użyć go, kiedy zaatakuję Bob'a. 

-Ej Bob chodź tutaj.-Mój głos zmienił się pięknie, przybierając głos mężczyzny. Posłuchał. Jak pies. Zbliżył się wielkimi krokami do ciemnego korytarza..wszedł..ominął mnie, chciał zawrócić, ale dostał pistoletem w czaszkę. Złapał się w obolałe miejsce i stał na nogach. Byłam w szoku, myślałam,że uderzyłam za słabo, ale mężczyzna zaraz opadł bezwładnie na ziemię. Odetchnęłam z ulgą i wyjrzałam z cienia korytarza. Był pusty. To dobrze. Pozwoliłam nogą by same mnie prowadziły tam gdzie chcą. Poprowadziły przed drzwi  Louisa-Cezara. 
Patrzę w lukę do której wkłada się klucze i rozglądam dookoła. Nie widzę całej sali, ale dostrzegam tylko pełno klatek po obu stronach. Po prawej stronie dostrzegam powolne ruchy. Nie widzę kto to jest, bo jest za ciemno. Dostrzegam tylko jego sylwetkę. Czy powinnam tam wejść? Czy powinnam zaryzykować życie dla Gabriela? Do odważnych świat należy.  
Pociągam szybko za klamkę, bo nie wiem czy stać ich na oliwę do drzwi, w razie gdyby zaczęły skrzypieć. Biegnę pędem do klatek po prawej stronie, bo chciałam sprawdzić kto tam siedzi. Aby zdążyć, przed czymś złym, aby zdążyć przed czymś złym. 
Poruszam się szybko, między klatkami. Rozglądam dookoła.
-Annah, tutaj jestem...
-Gabriel?
-Tutaj..-głos dobiegł za moimi plecami. Odwracam  się szybko na pięcie i widzę leżącego na przeciwko mnie Gabriela w klatce.  Podbiegam do niego jak najszybciej.
-Jezu, Gabriel, co oni ci zrobili?!-spoglądam na jego twarz w ciemnościach i dostrzegam, że jest we krwi.-Boże drogi, ty krwawisz! Jesteś ranny!-mówiłam szarpiąc kraty klatki. 
-Wyciągnij mnie...
-Już.. wytrzymaj trochę..-ręce mi się strzęsły, gdy wyciągałam klucze z kieszeni. Sprawdzając zamek od klatki, zdałam sobie sprawę, że Gabriel cierpi i to bardzo..tylko nie wiedziałam co mu jest. A tak bardzo chcę mu pomóc.. 
Klucz musi być mały, bo klatka jest mała. Annah myśl, co by zrobić, myślę. Mam pęk kluczy, ale czy będzie w nich klucz do klatki, która więzi Gabriela? Warto spróbować. Szukałam samych małych kluczy. Znalazłam trzy. Za pierwszym razem się nie udaje, tak samo jak za drugim. Do trzech razy sztuka, pomyślałam. Wkładam klucz do kłódki, przekręcam klucz i.. zamek otwarty! Jest! Udało mi się! -Powoli wyczołgaj się, bym mogła cię podnieść.-Robi to co mówię. Porusza się wolno, widać, że jest mu ciężko zrobić jakikolwiek ruch.-Powili.-Gabriel po chwili wypełza z klatki.-Co cię boli?-pytam wycierając z twarzy świeżą krew.
-Wszystko..moja głowa..boli...słabo..-bełkocze.
-Wszystko będzie ok, zaufaj mi. Coś wymyślę, by nas stąd wyciągnąć.
-Obiecujesz?-pyta ledwo słyszalnym głosem.
-Obiecuję.-mówię, ale nie przychodzi mi nic do głowy jak się stąd wydostać. Gabriel opiera głowę o moje uda i zamyka oczy.-Śpij, ja wszystkim się zajmę.

--------------------------------------
Czwarty rozdział. Proszę bardzo. Rozdziały będą pojawiać się rzadziej, ponieważ mam szkołe.. no i wiecie.. nauka xd.